Wódz polskich spadochroniarzy

24 wrzesień 1944 r. peryferie Nijmegen. Trwa operacja Market Garden. Walki trwają już od kilku dni. Trwa właśnie narada dowódców: gen. Browninga z gen. Sosabowskim. Generałowie rozprawiają na temat sytuacji podległych im pododdziałów. Browning jako przełożony Polaka wydaje rozkaz, aby polscy spadochroniarze, podobnie jak ich brytyjscy współtowarzysze broni, wykonali bardzo dziwny manewr: przeprawili się przez Ren… bez łodzi [!] Przebieg rozmowy znamy z relacji Sosabowskiego: „Zapytałem go, gdzie są środki przeprawowe 30 Brytyjskiego Korpusu – warunek dostania się na brzeg północny. Oświadczył mi, że dotąd ich nie ma. Takie oświadczenie naprawdę mnie zdenerwowało. Jak to? – powiedziałem generałowi – Nie ma środków przeprawowych, które winny iść na czele korpusu; wszak sanitarki 30 Brytyjskiego Korpusu zdążyły już dołączyć do brygady i ewakuują rannych!!! Przyznam, że tej sytuacji całkowicie nie rozumiałem […] Zauważyłem z miejsca, że czuł się dotknięty tym, co powiedziałem. Rozstaliśmy się bardzo chłodno”.

Stanisław Sosabowski
Generał Stanisław Sosabowski

Czym mogła się skończyć taka przeprawa? Tego nie trzeba wyjaśniać. Niechybnie masakrą. Trudno orzec czy ta rozmowa nie miała bardziej ostrzejszego przebiegu. Możliwe, że jej autor z biegiem czasu dżentelmeńsko ją wygładził. Pokazuje ona jednak jaki był Stanisław Sosabowski: szczery, dosadny, bezpośredni i nie przebierający w słowach w jednej zasadniczej kwestii: gdy chciano zniszczyć dzieło jego życia – 1 Samodzielną Brygadę Spadochronową. W takiej sytuacji potrafił nawet obrazić swojego adwersarza, bez wyrzutów sumienia. Oszczędzanie krwi żołnierzy było naczelną zasadą polskiego wojska II RP i stało się osobistą dewizą Sosabowskiego. Szczere wypowiedzi w wojskowej rzeczywistości rzadko spotykają się z pozytywnym odbiorem. Nie zjednują zwolenników. To zadecydowało o jego późniejszych losach.

Ale zacznijmy od początku. Nie od razu stał się takim człowiekiem. Kształtowanie charakteru zaczęło się już w dzieciństwie, któro nie było dla niego czasem beztroski. W wieku 11 lat stracił ojca. Jako nastolatek musiał dorabiać udzielając korepetycji. Czas na naukę dzielił ze swoją życiową pasją -wkrótce zaczął bawić się w wojsko. Wstąpił do Polskiej Drużyny Strzeleckiej w Stanisławowie. Zaczęło się od studiowania regulaminów, zajęć z musztry i ćwiczeń w terenie. Razem z innymi zapaleńcami marzył o nierealnych wtedy planach odzyskania Niepodległości. Używał wtedy pseudonimu „Węglarz”. Został po raz pierwszy dowódcą – podchorążym. Miał pod sobą kilkudziesięciu ludzi. To amatorskie wojsko nauczyło Sosabowskiego podmiotowego podejścia do żołnierza, samodzielności i samodyscypliny. Wykuwało charakter.

Do prawdziwego wojska poszedł w kilka lat później. Służył w wojsku austriackim, co było pochodną ówczesnej sytuacji politycznej. Po wybuchu I wojny światowej walczył na froncie w mundurze austriackiego oficera. W 1915 r. został ranny i stracił władzę w nodze. Został kaleką. Lekarze wieścili mu długą rehabilitację i mozolne dochodzenie do pełni zdrowia. Mógł jednak uznać się za szczęściarza – z 250 żołnierzy, którzy tworzyli jego kompanię przeżyło zaledwie trzech. W tym on. Po tułaczce na austriackich tyłach (tzw. hinterlandzie), ze wszystkimi medalami za waleczność na piersi, trafił do pracy za biurkiem w Lublinie. Tutaj zastała go niepodległość.

Kolejne lata jego życia to kontynuacja wybranej drogi życiowej. Znany dzisiaj wszystkim jako świetny liniowiec, z powodu swojego kalectwa, pełnił początkowo funkcje intendenta – bardzo ważnej, ale niedocenianej. Może to właśnie sprawiło, że w pierwszej kolejności oceniał zdolności bojowe wojska po tym czy żołnierze mają czym strzelać i co jeść. Nauczyło go to precyzyjnie planować przyszłe operacje pod względem materiałowym. W 1923 r. ukończył Wyższą Szkołę Wojenną. Dużo pisał w fachowych periodykach wojskowych. Miał doskonały jasny, żołnierski styl. Do dzisiaj jednym tchem czyta się jego wspomnienia.

Po prawie 10 latach pracy w sztabach przeszedł do linii. Nie na długo. Początkowo jako dowódca batalionu 75 pułku piechoty w Rybniku, a następnie jako zastępca dowódcy 3 pułku strzelców podhalańskich w Bielsku. Jego legenda bezwzględnego i surowego dowódcy wyprzedziła go przed przybyciem na nowy posterunek. Jak sam wspominał: „Nie byłem potulny i nie raz i nie dwa, specjalnie w sprawach garnizonowych, meldowałem się przy szabli (meldowanie ściśle służbowe) u generała: nie przeczę, że w granicach służby i dyscypliny następowała niejednokrotnie ostra wymiana słów”. To doprowadziło do konfliktu z generałem Wacławem Przeździeckim (dowódcą 21 Dywizji Górskiej, której podlegał 3 pułk) i przeniesienia już wtedy podpułkownika Sosabowskiego na stanowisko wykładowcy do WSW. Na przywitanie w murach szkoły jej komendant generał Tadeusz Kutrzeba przekazał mu kilka słów: „Sosabowski, do końca roku będzie pan prowadził katedrę Służby Sztabu razem z dotychczasowym jej kierownikiem […] Od nowego roku szkolnego obejmie pan katedrę samodzielnie. W tym roku będzie to tak, jak wóz zaprzężony w dwa konie o nierównym temperamencie i chodzie. Jeden koń spokojny, drugi zaś może skłonny do wierzgania. Uważajcie, by się wóz nie przewrócił”. Wóz podczas jazdy się nie przewrócił. Sosabowski aż 6 lat spędził w murach tej szacownej uczelni.

Po opuszczeniu jej murów dowodził 9 pułkiem piechoty Legionów w Zamościu i 21 pułkiem piechoty „Dzieci Warszawy”. Z tym ostatnim walczył w kolejnej swojej wojnie. Jego szlak bojowy w czasie kampanii polskiej 1939 r. rozpoczął się w stolicy i tutaj zakończył 29 września. Nie poddał się do niewoli. Przeszedł do konspiracji. Dostał rozkaz przedarcia się do Francji, gdzie formowało się Wojsko Polskie. Moment przekroczenia granicy RP z Węgrami zapadł mu mocno w pamięć: „Uchylając czapki, skłoniłem głowę, żegnając Kraj Ojczysty” – notował w swoich wspomnieniach. Jeszcze wtedy nie wiedział, że nigdy już Polski nie zobaczy.

Przez Budapeszt via Wenecja dotarł do Paryża. Zameldował się w hotelu „Regina”. Mieścił się tutaj sztab Naczelnego Wodza. Nie od razu udało mu się dostać przed oblicze generała Władysława Sikorskiego. Mimo kilku miesięcy poza służbą nie utracił swojego wojskowego usposobienia. Sztab ochraniała polska żandarmeria: „Kilku żandarmów polskich, ale już w umundurowaniu na wzór francuski, z wykładanym kołnierzem i krawatem, urzędowało ze srogimi minami. „Cywile” potulnie czekali. Zbliżyłem się do podoficera żandarmerii, który urzędował za biurkiem recepcji. Jestem pułkownik Sosabowski – rzekłem – proszę mnie zaraz zameldować w adiutanturze pana Generała. Żandarm z nabytą już od Francuzów nonszalancją i poczuciem swej wyższości odburknął: Każdy chce natychmiast do pana Generała. Czekać, proszę czekać. Jeszcze ze mnie nie wywietrzała dyscyplina, która obowiązywała w Kraju, więc głosem stanowczym rzekłem: – Wachmistrzu, zameldować mnie natychmiast w adiutanturze!!! To poskutkowało. „Cywile” – a byli to oficerowie, którzy przybyli z ewakuacji – patrzyli na mnie z aprobatą”. Otrzymał przydział do 1 Dywizji, a później 4 Dywizji Strzelców. W kampanii francuskiej 1940 r. nie uczestniczył na liniowym stanowisku. 21 czerwca, po ewakuacji z pobitej Francji, postawił nogę na brytyjskiej ziemi.

Tutaj rozpoczął się nowy okres w jego życiu. Na bazie 4 Brygady Kadrowej Strzelców postanowił stworzyć polską Brygadę Spadochronową do użycia w Kraju: „Brygada i Kraj – Najkrótszą drogą- to nasze przeznaczenie” – krótko charakteryzował sens istnienia tej jednostki. Lata od powstania Brygady w 1941 r. do 1944 r. tj. udziału w operacji Market Garden to był dla niego czas, jak sam mawiał „radości tworzenia”. Odczuwał ogromną dumę z tego co udało mu się stworzyć. Brygada była jego ukochanym dzieckiem. Największym osiągnięciem i obsesją. Z kilkuset słabo wyszkolonych, o niskim morale i o słabej kondycji rekrutów potrafił stworzyć elitarny oddział Wojska Polskiego, który jeszcze w czasie II wojny światowej zyskał miano legendarnego. Dokonał tego ciężką pracą i pokonywaniem piętrzących się każdego dnia nowych trudności. Nie był wielkim myślicielem, ale fenomenalnym organizatorem i praktykiem. Wymagał ogromnie dużo od siebie oraz od swoich żołnierzy. Dążenie do perfekcji nie zawsze odpowiadało innym. Oddajmy głos jednemu z jego oficerów: „Nie myślcie, że był Świętym Mikołajem […] dla swoich żołnierzy potrafił być prawdziwym sukinsynem, a dla swoich oficerów sukinsynem do kwadratu”.

Stanislaw Sosabowski
Sosabowski z brytyjskim wicepremierem Clementem Attlee

Czas próby nadszedł we wrześniu 1944 r. Jednak plany użycia Brygady w Polsce spełzły na niczym. Sosabowski walczył jak tylko mógł, żeby brygadę wykorzystano zgodnie z polską racją stanu, czyli w Kraju. Jednak ówczesna sytuacja, całkowite podporządkowanie polskiego rządu Brytyjczykom, którzy wywierali naciski na Polaków, nie dawała możliwości zrzutu polskich spadochroniarzy w okupowanej Polsce. Generał był tylko prostym żołnierzem i musiał wykonywać rozkazy. A rozkaz był taki: Brygada zostanie podporządkowana Brytyjczykom i weźmie udział w operacji Market Garden w rejonie Arnhem. Będzie wyzwalała zamiast Polski, Holandię.

W wieku 52 lat wykonał swój pierwszy bojowy skok. Ryzykował w tym samym stopniu co jego żołnierze. Skok ten utkwił mu żywo w pamięci: „Jestem już przy otworze. Uderza mnie prąd powietrza i wpycha z powrotem do samolotu. Rękami chwytam się ram otworu drzwiowego i wypycham się ku przodowi. Stawiam nogi w próżnię i lecę w dół jak kamień – sekundę lub więcej – nie wiem… Zresztą, kto w tej chwili liczy sekundy? Odczuwam gwałtowne szarpnięcie w ramionach […] A więc i tym razem spadochron otworzył się. „Płynę” spokojnie ku dołowi […] Oglądam się wokół. Cała przestrzeń zarojona nadlatującymi samolotami i opadającymi spadochronami. A wśród nich coraz liczniejsze białe dymki. Słyszę huk i trzask. A więc jesteśmy w ogniu nieprzyjacielskim […] Wylądowałem na ornym polu, tuż obok głębokiego rowu odwadniającego. A więc stało się. Jesteśmy w akcji”.

Po kilku dniach od skoku doszło do wspomnianej na początku narady. Kilka dni później walki pod Arnhem ustały. Operacja Market-Garden zakończyła się totalną porażką. Jej założenia i cele już przed samą bitwą były przez wielu oceniane jako nierealne. Brytyjczycy potrzebowali usprawiedliwienia swojej porażki. Swoją bezkompromisowością i zwyczajną szczerością Sosabowski narobił sobie wielu zawziętych wrogów. Stał się idealnym kandydatem na kozła ofiarnego tej klęski. Do tego nie był Brytyjczykiem, ale Polakiem. Jakby tego było mało, Brytyjczycy postanowili go usunąć z polskiego wojska. Naczelne Dowództwo WP nie sprzeciwiło się dążeniom do zwolnienia generała z zajmowanego stanowiska. Sosabowski został sam. Ukoronowaniem postawy Generała była jego postawa w tych dniach. Odszedł z honorem. Żegnały go tylko wierne serca jego żołnierzy.

Na „emeryturze” nie zmienił się. Pozostał na emigracji. Bardzo ciężko fizycznie pracował do końca swojego życia. Nigdy nie żałował swoich wyborów. Nie był osobą ze świecznika. Miał straszne wady i potrafił zniechęcić do siebie wielu. Jednak inspirował swoje otoczenie do wielkich rzeczy i dziś dalej inspiruje.

  • Udostępnij

  • Pewnie Ci się spodoba:

    O autorze Zobacz wszystkie wpisy autora

    Mateusz Staroń

    Mateusz Staroń

    Historyk, współzałożyciel pierwszej na świecie marki odzieży patriotycznej Surge Polonia. Wyróżniony w konkursie IPN-u na "Najlepszy Debiut Historyczny Roku 2010 r." Autor publikacji naukowych m. in. książki "Likwidacja Polskiego Korpusu Posiłkowego w 1918 r." oraz artykułów popularyzatorskich na blogu Surge Polonia. Jego wielkimi pasjami są historia i góry.

    • Tank

      Zapewne państwo znają już film dokumentalny Joanny Pieciukiewicz „Honor generała” z 2010 r. Wzrusza za każdym razem, oglądany nawet n-ty raz.. Mieszane uczucia – duma i wstyd, wzruszenie i żal. Wstyd i żal, że tak późno ‚oficjalnie’ doceniono ludzi, których czyny napawają dumą, a poświęcenie wzruszeniem:
      „Dopiero 31 maja 2006 r. na dworze królewskim w Hadze gen. Stanisław Sosabowski został pośmiertnie odznaczony Orderem Brązowego Lwa, a żołnierze polskiej Samodzielnej Brygady Spadochronowej Orderem Wojskowym im. króla Willema.”.
      ‚Nieoficjalnie’, w sercach tych Holendrów, którzy jeszcze pamiętają, ‚Sosabowszczycy’ mają na zawsze swoje miejsce.

    • http://www.surgepolonia.pl Mateusz Staroń

      Tak, oczywiście znamy ten film. Stał się on dla nas inspiracją do stworzenia marki SURGE POLONIA.

    • wcywing

      is there a way to get a dvd copy of the General’s Honor?