„Ludzie (nie) z marmuru” – o psychice żołnierzy do zadań specjalnych AK

Okupacyjny Kraków. Lipiec 1944 r. Opodal samochodu na ulicy Powiśle w kierunku Wawelu jacyś chłopcy ciekawie wyglądali z bramy domu, zażarcie rozprawiając. Byli to „Warski” i „Ziutek”. Niedaleko nich „Rek” delektował się lodami, uważając, by mu się nie skończyły przed przejazdem Koppego. Na rogu ulicy Powiśle i placu Kossaka trzech innych chłopców z ożywieniem prowadziło rozmowę. To „Jeremi” z „Rafałem” i „Mietkiem” gestykulując pomagali sobie przekonać postronnych przechodniów (także ewentualnych obserwatorów), że nic ich nie obchodzi poza omawianym tematem. Na samym placu Kossaka przechadzał się „Korczak” spokojnie patrząc w przestrzeń i raz po raz patrząc na zegarek, jak gdyby czekał na dziewczynę.

Stojący zaś w pobliżu przystanku tramwajowego „Dietrich” skracał sobie czas „oczekiwania na tramwaj” czytaniem „Krakauera” („Krakauer Zeitung” – krakowskie wydanie niemieckiej gazety). Najlepiej z nich wszystkich czuł się młodzieniec siedzący w barze na rogu Zwierzynieckiej, „Zeus”. Popijał zimne piwo i ze znudzeniem patrzył przez szybę wystawową na przejeżdżające samochody niemieckie, jakieś cztery samochody czekające na placu Kossaka, niemrawy ruch ludzi i takich dwóch facetów, z których jeden czytał gazetę, czekając chyba na tramwaj, a drugi przechadzał się, czekając chyba na dziewczynę. Postronny, a nawet zainteresowany obserwujący ulicy widz nie połączyłby ich wszystkich razem jakąś zależnością i nie zauważyłby na ich twarzach olbrzymiego napięcia nerwowego. Co najwyżej zdziwiłoby go, że mimo dużego upału i pięknego, słonecznego dnia szereg młodych ludzi ubranych jest zbyt ciepło i przezornie, w długie i luźne trencze, chociaż na deszcz nie zanosiło się.

Kim są ci młodzi ludzie? W jakim celu czekają na ulicach Krakowa? W końcu, po co im długie płaszcze w upalny, lipcowy dzień? To żołnierze batalionu Armii Krajowej „Parasol”. Czekają na rozpoczęcie specjalnej akcji bojowej, której celem jest likwidacja Obergruppenführera Wilhelma Koppego – wysokiego funkcjonariusza aparatu ucisku okupanta. Pod zaszytymi płaszczami (żeby nie wystawała im broń spod ubrania) mają umieszczone na smyczach pistolety maszynowe, a w kieszeniach amunicję oraz granaty. Tak wyglądają pozory, natomiast w środku trwa ciągła walka z samym sobą, której na zewnątrz nie widać.

O czym teraz myśli każdy z nich? Czyżby byli z marmuru i nie odczuwali strachu, ani wyrzutów sumienia? A może każdy z nich zadaje sobie teraz w myśli pytania typu: Czy strzelić do tego Niemca? Przecież to też człowiek, a ja jestem harcerzem! Czy przy egzekucji nie zawaha mi się ręka i chybię, a może przez przypadek trafię niewinnego przechodnia? Czy mój pistolet maszynowy nie zatnie się po wymierzeniu w ofiarę? A jak zachowają się koledzy z oddziału? Czy nie zostawią mnie na pastwę Niemców, gdy zostanę ranny? A jak trafię do niewoli, czy wytrzymam mordecze śledztwo i nie zdradzę tajemnic oddziału? Co robi teraz moja dziewczyna, czy wczoraj wieczorem widziałem ją po raz ostatni…?

Pod płaszczami mają steny? "Nałęcz" (Ireneusz Szatkowski), "Pik" (Ludomir Składnik),  "Karo" Adam Czerniawski.

Pod płaszczami mają steny? „Nałęcz” (Ireneusz Szatkowski), „Pik” (Ludomir Składnik), „Karo” Adam Czerniawski.

Przed akcją te wszystkie wątpliwości i rozterki, w umyśle każdego z nich, ulegają zwielokrotnieniu. Nie pomagają przed wykonaniem akcji. Zakłócają myślenie o wykutym na pamięć scenariuszu działania, który sprowadza się do bardzo prostych czynności: wyciągnięcia spod płaszcza pistoletu maszynowego, podbiegnięcia do ofiary i wystrzelenia do niej serii ze stena, zabrania dokumentów, a później odskoczenia w uzgodnionym kierunku. Brzmi banalnie, ale czas tuż przed akcją to najcięższy okres dla żołnierza i ogromne obciążenie psychiczne, którego niektórzy nie wytrzymywali…

Zobaczmy jak z tymi myślami radzili sobie sami żołnierze do zadań specjalnych – żołnierze batalionów „Parasol” i „Zośka”. Spróbujmy prześledzić tok ich myślenia. Jeden z „parasolników” – „Kopeć” wspominał, że o swoich kolegów martwił się najmniej: Przyglądając się moim towarzyszom broni wiedziałem, że są niezawodni. A więc przede wszystkim „Cyklon”, który w ogień pójdzie bez najmniejszego strachu, by wypełnić swoje zadanie i przyjść z pomocą innym. „Bolec”, stary, wypróbowany druh, z którym znam się 4 lata w dywersji i w małym sabotażu, i „Garbaty”, który w akcji na Gressera wykazał odwagę i dokładność, „Mirski”, dowódca akcji i dowódca plutonu, mimo bardzo młodego wieku potrafił swym postępowaniem wzbudzić zaufanie do siebie. Nie znam innych w walce, ale jeśli to samo czują co ja, to muszą wykonać swoje zadanie.

Humory dopisują - żołnierze batalionu "Parasol" przy nasłuchu radiowym. "Szprotka" (Władysław Holender), "Graf" (Zygmunt Lutyk), "Niesz" (Stanisław Nowiński), "Ryś" (Zbigniew Chmaj).

Humory dopisują – żołnierze batalionu „Parasol” przy nasłuchu radiowym. „Szprotka” (Władysław Holender), „Graf” (Zygmunt Lutyk), „Niesz” (Stanisław Nowiński), „Ryś” (Zbigniew Chmaj).

Gdy przystąpią do akcji rozpęta się na ulicy piekło, tłumna ulica opustoszeje z przygodnych osób, a do walki przystąpią z pewnością niemieccy policjanci i żołnierze. W tej chwili żołnierze zostaną zdani wyłącznie na siebie, będę musieli (chcieli) zaufać swoim kolegom: Każdy z nas wiedział, – wspominał „Dietrich” – że jest chroniony przez drugiego kolegę i sam do ostatniego tchu musi trwać na wyznaczonym posterunku. Idąc na akcję wiedzieliśmy, że gdy za chwilę ulica zahuczy strzałami i wyludni się w okamgnieniu, gdy w promieniu kilkuset metrów nie będzie ani jednego przyjaznego człowieka, wtedy zdani tylko na wzajemną pomoc będziemy stanowili jeden broniący się i atakujący organizm. Każdy z nas miał przeświadczenie, że jedynie ciężka rana lub śmierć może nas usunąć przed czasem z posterunku wyznaczonego przez dowódcę. Wiedzieliśmy też, że w przypadku zranienia koledzy, którzy pozostali przy życiu, nie odjadą sami, lecz zabiorą rannego do samochodu.

Ta szczególna cecha elitarnych oddziałów – wysokie morale i silne, koleżeńskie więzi kształtowały się w toku walk z niemieckim okupantem. Kandydaci do oddziałów nie przechodzili selekcji taką jak dzisiaj przechodzą kandydaci do jednostek specjalnych. Nie było na to czasu i warunków. Kandydatów weryfikowano w inny sposób. Werbunek przeprowadzano, ze względów bezpieczeństwa, wśród znajomych z konspiracji np. na odcinku małego sabotażu. Efektem tego sposobu było doskonałe zgranie takiego nowo tworzonego zespołu (często byli to koledzy ze szkolnych ław lub z harcerstwa) i bezgraniczne zaufanie służących w nim żołnierzy, o czym świadczą chociażby nieliczne wsypy. Żeby wykazać się w akcji specjalnej nowo wcielony żołnierz musiał sprawdzić się w mniejszych akcjach np. rozbrojenia niemieckiego policjanta czy też „zdobycia” samochodu.

Batalion Parasol

Sten w akcji – trening strzelecki. „Gąsior” (Roman Głuszek).

Wydaje się, że żołnierza o odpowiednich cechach psychicznych w czasie II wojny światowej  znaleźć było łatwiej niż dzisiaj. Ciągłe zagrożenie życia ze strony okupanta, nawet w tzw. życiu codziennym przyzwyczajało do stresu i siłą rzeczy uodporniało. Dodatkowo warunki życia pod okupacją  nie należały do najprzyjemniejszych – każdy walczył o zapewnienie sobie podstawowych środków do życia. Żołnierze konspiracji nie byli tutaj wyjątkami. Oprócz konspirowania, żołnierz do zadań specjalnych musiał pracować na swoje utrzymanie. Musiał przez to prowadzić podwójne życie: na co dzień cywila pracującego w fabryce, biurze, magazynie itp. oraz bezwzględnego dla przeciwnika żołnierza, który na ulicach miasta biegał z pistoletem maszynowym wykonując rozkazy Komendy Głównej Armii Krajowej.  Nierzadko zdarzało się, że po wykonanej akcji żołnierz wracał do pracy, z której zwolnił się na godzinę… Pogodzenie tych dwóch ról wymagało ogromnego poświęcenia, determinacji i odporności na stres. Konspirator nie mógł się nawet wygadać swoim najbliższym co robi w wolnych chwilach, bo wszystko było owiane tajemnicą…

Ciągła niepewność o swoje życie, ale z drugiej strony przekonanie, że ma się swoich kolegów z boku i można na nich liczyć, nie eliminowało wyrzutów sumienia – przecież żołnierz dywersji strzelał do ludzi na ulicy. Wyrzuty sumienia były dla żołnierzy, podobnie jak stres, chlebem powszednim. „Laudański” z batalionu „Zośka” wspominał: Porównywaliśmy walkę sumienia żołnierza z frontu i żołnierza dywersji. Każdy wojownik Polski Podziemnej, gdy szedł z bronią, musiał zdawać sobie sprawę, że w razie przypadkowej strzelaniny narażeni są na śmierć przechodnie, że mógł nie tylko zginąć on, bo za jednego Niemca wróg mścił się rozstrzelaniem nawet i stu zakładników. Było to dla nas bardzo dużym obciążeniem psychicznym.

Żołnierze do zadań specjalnych na ulicach Warszawy. "Cyklon" (Stanisław Dąbrowski) i "Burza" (Kazimierz Łukasiak).

Żołnierze do zadań specjalnych na ulicach Warszawy. „Cyklon” (Stanisław Dąbrowski) i „Burza” (Kazimierz Łukasiak).

Jak wspominałem wyżej, nie wszyscy wytrzymywali napięcie przed akcją. Nie był to bynajmniej powód do wstydu. Mimo dobrej selekcji kandydatów do oddziałów, część nie wytrzymywała ogromnego stresu i musiała się wycofać z czynnej służby. Ich niedyspozycja podczas walki na ulicy mogła się skończyć katastrofą, a krwią żołnierzy starano się nie szafować. Najważniejszą zasadą oddziałów do zadań specjalnych AK było oszczędzanie sił oddziału, bo w ich szeregach służyła elita – ideowa młodzież, która po wojnie miała odbudować Polskę. Przeczytajmy ponowie wspomnienia „Laudańskiego” z jednej z niedoszłych akcji, w której brał udział:  Innym razem spotkanie wybrańców z naszej drużyny nastąpiło na ul. Lindleya. Miały podjechać samochody i wywieźć nas w kierunku Jaktorowa. Czas oczekiwania się wydłużał. Na chodniku mijali nas żołnierze niemieccy, obok przejeżdżały samochody wroga W pewnej chwili podszedł do mnie Wiesław Świtalski i powiedział: Przepraszam, ale już nie wytrzymuję nerwowo. To ponad moje siły. Chciałbym się wycofać. Czy możesz porozmawiać z „Kołczanem”? [dowódcą]. Służba w Szarych Szeregach była dobrowolna, ochotnicza. Sam niejeden raz przed akcją miałem uczucie niepokoju, a może nawet strachu. Postanawiałem, że po wykonaniu zadania zgłoszę się do „Kołczana” i powiem mu o swojej decyzji – rezygnacji z dalszej służby. Ale po akcji jakoś te myśli nie wracały. Byłem nawet zadowolony z siebie, że wytrzymałem, że potrafiłem się opanować. Popatrzyłem na Wieśka. Na jego twarzy było widać olbrzymie napięcie. Mógł się załamać i wycofać samowolnie, to jednak byłoby nieprzyjemne dla niego i dla jego kolegów – pachniałoby dezercją. Podszedłem do „Kołczana” i zameldowałem o prośbie Wieśka. Decyzja „Kołczana” była krótka: – Dobrze. Może wracać do domu. Od dziś przenoszę go do rezerwy. Przejście do rezerwy faktycznie oznaczało wydalenie z oddziału. Musieli zostać najlepsi…

"Mimo wszystko chcieliśmy żyć". "Ssak" (Eugeniusz Poszepczyński) i "King" (Ryszard Serafinowicz).

„Mimo wszystko chcieliśmy żyć”. „Ssak” (Eugeniusz Poszepczyński) i „King” (Ryszard Serafinowicz).

Potworny stres i wyrzuty sumienia żołnierze musieli przezwyciężyć, żeby móc wykonać zadanie – rozkaz to rozkaz. Ale to nie była główna przyczyna ich aktywności. Żołnierze oddziałów do zadań specjalnych byli ochotnikami i nie trzeba było ich namawiać do wzięcia udziału w akcji. Ich największa walka trwała w ich głowach. Chcieli najpierw pokonać samych siebie, swoje słabości, a później swojego przeciwnika. Sami do tego dążyli…  Adrenalina i Ojczyzna uzależniają…

Zakończę wierszem jednego z „parasolników” – „Ziutka”:

Serce mam w piersi rozkołatane,

Serce mi dziś tak cudnie gra.

Bo to tak strasznie dobrze jest

Mieć stena w ręku

I śmiać się śmierci prosto w twarz,

A potem zmierzyć i prać bez lęku

Za Kraj – za honor nasz!

Print Friendly, PDF & Email
  • Udostępnij

  • Pewnie Ci się spodoba:

    O autorze Zobacz wszystkie wpisy autora

    Mateusz Staroń

    Mateusz Staroń

    Historyk, współzałożyciel pierwszej na świecie marki odzieży patriotycznej Surge Polonia. Wyróżniony w konkursie IPN-u na "Najlepszy Debiut Historyczny Roku 2010 r." Autor publikacji naukowych m. in. książki "Likwidacja Polskiego Korpusu Posiłkowego w 1918 r." oraz artykułów popularyzatorskich na blogu Surge Polonia. Jego wielkimi pasjami są historia i góry.

    • Wiesław

      Na jednym ze zdjęć jest Ryszard Serafinowicz, popularny pod koniec lat sześćdziesiątych prezenter telewizyjny, znany przede wszystkim z prowadzenia Wielkiej Gry [ zm.1972 w Montrealu]. Nieznane są dzieje konspiracyjne pana Serafinowicza. Czy ma Pan jakieś informacje na ten temat? Pozdrawiam serdecznie 🙂