Staromodni, staroświeccy, niedzisiejsi – to komplementy!

Kolorowy tłum falujący w drodze na mecz. Wszystkie style ubioru, od dresów, przez bawełniane szorty, po dżinsy i t-shirty, większość w dodatku udekorowana szalikami, czapkami i innymi klubowymi gadżetami. lecz pośród nich przemykają dżentelmeni, którzy bez większej charakteryzacji mogliby zagrać statystów w „Czasie honoru”, lub innym filmie umiejscowionym w połowie XX wieku i wcześniej. kaszkiety, marynarki, słynna krata Burberry oraz koszule. Styl, który jeszcze kilka lat temu niektórzy pogardliwie okrzyknęliby staroświeckim.

Muzyka, także muzyka ulic, za którą uchodzi rap. Całkiem niedawno postrzegana jako trochę bandycka, trochę infantylna, wulgarna i dość płytka w refleksjach, a z drugiej strony nastawiona na populistyczne hasła, gładkie refreny oraz różne mariaże z elektroniką i innymi nowoczesnymi nurtami muzycznymi. Dziś coraz śmielej atakująca klasykę, jazz, ambitny, zaangażowany rock, ale – co chyba ważniejsze – coraz częściej mówiąca o sobie wprost – „jeśli ten świat to brak zasad, a ci co je mają, giną marnie, ja robię tak, byś w nowych czasach mógł nazywać mnie dinozaurem„. Grupa Parias odwołuje się do Tyrmanda, Pjus określa się mianem dinozaura, a Tadek z krakowskiej Firmy odchodzi od trywialnego „jebania policji” w stronę kawałków o „Niewygodnej prawdzie„. Taki tytuł ma jego solowy album opowiadający w prostych słowach o pięknej historii naszej Ojczyzny, o jej tragicznych zwrotach i trudnej teraźniejszości. Zakopanie się w tradycjach, w historii, w tym, co już minęło? Staroświeckie? A jakże. Niedzisiejsze? Owszem. Ale jednak… modne? Może raczej – wygrywające walkę o zainteresowanie młodych?

Obie wyżej wymienione sytuacje to ledwie wierzchołek góry lodowej złożonej z młodzieży i osób wkraczających w świat dorosłych, którzy nie boją się zarzutów o staroświeckość, którzy są dumni ze swojego staromodnego stylu, którzy z pełną siłą odwracają się na pięcie krzycząc: ja dalej nie idę, wolę spojrzeć wstecz. Dotyczy to niemal każdej dziedziny życia. Muzyka? Powroty do dawnych lat i nie mówimy tu tylko o klasycznym rocku, ale przede wszystkim jazzie, często popularyzowanym właśnie poprzez wcześniejszą fascynację Tyrmandem. Moda? Pomijając już całe zjawisko „hipsterstwa”, gdzie największym lansem jest wszystko co stare, „oldskulowe” i „vintage”, także inne grupy społeczne zerkają z coraz większą uwagą wstecz. Przykład – choćby jedna z najnowszych kolekcji Próchnika nazwana „Rygor” na cześć Mieczysława Słowikowskiego, zwanego niekiedy polskim Jamesem Bondem.

prochnik

Kolekcja „Rygor” firmy Próchnik.

Więcej? Rzućmy okiem na trybuny piłkarskie, które ostatnio siłą rzeczy, może trochę wbrew własnej woli, stały się tematem na czasie i pod lupą. Pomijając już cały patriotyzm tego środowiska, pomijając wypisane na flagach, szalikach, koszulkach i sektorówkach trzy wieczne wartości: Bóg, Honor, Ojczyzna – ta grupa odwraca się od nowych trendów poszukując u korzeni. Przykładem niech będzie flaga grupy kibiców Legii Warszawa określających się jako „Old Fashion Man Club”. Oni nie gonią za trendami, nie śledzą najświeższych nowinek technologicznych i ideowych. Wręcz przeciwnie, na afisz wzięli sobie staromodność. Zresztą dodatkowo podkreśloną towarzyszącym nazwie grupy hasłem: „better dead than red”.

W literaturze identyczny odwrót, co zresztą bezpośrednio przekłada się na zachowanie konkretnych osób. Wbrew pozorom szału nie wywołują wyłącznie biografie sportowców, ale również pozycje takich klasyków, jak choćby Tyrmand, Grzesiuk, albo Piasecki. I wrażenia nie robi wyłącznie wartka akcja ich książek, czy lekki język, który doskonale trafia w gusta wielkomiejskich dzieciaków. Imponuje im cały etos, jaki kreują wokół siebie ci autorzy, dodatkowo uzupełniany przecież przez sporą literaturę biograficzną, jak choćby książka „Zły Tyrmand” przewrotnie grająca nazwiskiem pisarza i tytułem jego – bodaj największego – dzieła. Chłoniemy nie tylko to co napisali twórcy minionych lat, ale i to kim byli, co robili, czym się zajmowali, czego dokonywali i w jakim stylu przemawiali. A wraz z poznawaniem przedwojennej rzeczywistości w której „z baśki” walił Grzesiuk, wraz z poznawaniem wczesnego PRL-u, który zabijał możliwości utalentowanego pisarza z Warszawy, „Lolo”, młodzież chłonie tamte wartości, tamten kanon zachowań i wzorce.

Okładka nowej „Frondy”. Plażujący Tyrmand pod płonącą tęczą z Placu Zbawiciela.

Podobnie jest zresztą z filmami. Po pierwsze – jakość, jakość fabuły, jakość humoru, jakość narracji, która nadal stawia „Misia” wyżej od „Rysia”, „Vabank” wyżej od wszystkich nowości z gatunku filmów sensacyjnych. Po drugie – postacie, które mają potencjał, by znów stać się młodzieżowymi idolami. Raperzy masowo inspirują się życiem i twórczością duetu Himilsbach-Maklakiewicz, Ten Typ Mes nagrywa utwór „Bista”, hołd dla Henryka Bisty, ale i Wiesława Gołasa oraz Wojciecha Pokory. Na sztandar bierze się żołnierzy niezłomnych, wzorcem stają się rzeczywiste i fikcyjne postacie sprzed lat. Bareja jest niedoścignionym mistrzem, ale po latach jaśniejsze stają się zarówno „Seksmisja”, czy „Kingsajz”, obśmiewające z klasą tragiczny okres dla kraju. Wbrew pozorom i nachalnej propagandzie, znają i lubią te filmy nie tylko pasjonaci i dzieciaki interesujące się tematem, ale „zwykli”, którzy nie dali się przekonać, że beznadzieję polskich nowości da się przełamać wyłącznie serialami zza Oceanu.

Wymieniając dalej można by zahaczyć o temat miesięczników historycznych, które przebojem wdarły się do kiosków zdejmując stamtąd periodyki o siłowni i modzie. Może to nazbyt hurraoptymistyczne założenie, ale nawet jeśli „Uważam Rze Historia”, „Historia Do Rzeczy” i „W Sieci Historii” nie sprzedają się częściej, niż „Men’s Health” – sam fakt, że figurują na półkach stanowi dobry omen dla każdego dopingującego powrotowi staroświeckich obyczajów i zwyczajów. Treści, prawdopodobnie dostosowywane do targetu, czyli uwzględniające gusta publiki, także muszą cieszyć – przypominanie chlubnych rozdziałów naszej historii, od zwycięstw militarnych, przez wynalazki po wiktorie na gruncie politycznym, ale i zwyczajny, trywialny, by nie powiedzieć – banalny opis dawnych lat. Szczególnie zwraca uwagę ten drugi aspekt. Skoro ludzie chcą czytać, jak żyli ich pradziadkowie w okresie sanacji, jak wyglądał Sejm, w którym zasiadali endecy, czym jeździły gwiazdy kina lat dwudziestych i jak ubierali się mężczyźni z tamtych lat – może i wartości będą czerpać właśnie z tych, jakże urokliwych lat?

Zwrot ku korzeniom to nie tylko wyraz mody, czy otwarcia się na nowe horyzonty – to także wyraz dojrzałości i o tym akurat świadczą coraz głośniejsze dyskusje towarzyszące nowościom na rynku literackim. Tutaj bowiem mamy kolejne dowody na to, jak gorące, jak „na czasie” są obecnie stare czasy. Obecna jeszcze parę lat temu retoryka: „nie idzie do przodu, kto patrzy wstecz”, poparta nieśmiertelnym: „nie rozdrapujmy zabliźnionych ran!” aktualnie odchodzi do lamusa. Ludzie już wiedzą, że nie da się budować przyszłości bez przeszłości, ale są też bogatsi o to, o czym momentami zapominali ich przodkowie. O wyciąganiu wniosków i trzeźwym spojrzeniu. Książki Zychowicza idealnie wpasowują się w ten klimat. Nie chodzi już nawet o szeroko otwarte oczy samego autora, młodego historyka, który z publicystycznym polotem recenzuje dowódców polskiego wojska sprzed wojny i z czasów Powstania Warszawskiego. Chodzi raczej o cały raban towarzyszący tym lekturom. W dobrym tonie jest mieć zdanie na ten temat, albo chociaż orientować się, jakie argumenty mają wszystkie strony sporu. Siłą rzeczy rozmowa o decyzjach politycznych sprzed lat wzbogaca, zwiększa erudycję i poszerza horyzonty, rozwija oraz inspiruje do dalszych poszukiwań. To jak domino – gdy szarpnie się pierwszy klocek, idzie cała lawina, po nitce dociera się do coraz to nowych kłębków. Świetnym przykładem – jeszcze raz tygodnik „Do Rzeczy”, gdy o książce Zychowicza wypowiedzieli się wszyscy najważniejsi publicyści z łamów tegoż czasopisma, zaś całą dyskusję podsumował sam autor. W międzyczasie padło tyle odniesień do wydarzeń, ludzi, miejsc i artykułów, że lektura dyskusji niemal podwajała wartość samej książki. A skoro już czytało się o Becku, to może potem w ogóle o polityce II RP? A może trochę o życiu w tamtych latach? I cała zabawa rozpoczyna się na nowo.

Okładka książki „Obłęd ’44”.

Gdzie nie spojrzeć, ludzie… spoglądają za siebie. Czy wynika to z tego, że dotarliśmy do ściany, czy może zgodnie ze starą ludową prawdą, „historia lubi się powtarzać” – nie wiadomo. Faktem pozostaje jednak coraz silniejsza fascynacja tym, co było, w miejsce tego, co nachalnie chce się stworzyć. Czy taki zwrot o 180 stopni i dołączenie do rapera Pjusa, piszącego:

Świat ciągle pędzi, ludzie tym bardziej
Ja trochę z tyłu, pędem gardzę
Szczególnie owczym, bezrefleksyjnym
Nieważne jak, do przodu przyjmy
Ja powoli, nigdy tak nie parłem
W świecie baranów jestem dinozaurem

Dinozaurów jest chyba coraz więcej, na trybunach, na ulicach, w mediach i szkołach. I dobrze.

  • Udostępnij

  • Pewnie Ci się spodoba:

    O autorze Zobacz wszystkie wpisy autora

    Jakub Olkiewicz

    Jakub Olkiewicz

    Student pedagogiki kultury fizycznej i zdrowotnej Uniwersytetu Łódzkiego. Dziennikarz, którego teksty można przeczytać m.in na weszlo.com, wyszlo.com oraz w magazynie "To my kibice". Kibic, łodzianin.