Przyjaźń polsko-węgierska – coś więcej, niż tylko oklepane hasło

Na przełomie wieków, w końcówce lat dziewięćdziesiątych, albo na samym początku nowego tysiąclecia wyruszyłem z moją klasą w szkole podstawowej na osobliwą wycieczkę. W tamtym okresie dość często zabierano nas poza mury szkoły, do kin na typowo „szkolne” seanse, do teatrów, do każdego większego łódzkiego muzeum. Wtedy jednak cel był inny – jechaliśmy na drugą stronę miasta, kawał trasy, na spotkanie z… Towarzystwem Przyjaźni Polsko-Węgierskiej.

Nazwa „Towarzystwo Przyjaźni” delikatnie odrzucała – chociaż mama miała ciepłe wspomnienia z Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, tata przypominał czym tak naprawdę był TPPR i dlaczego działalność w ramach tej organizacji to nie tylko niewinne konkursy piosenki organizowane przez „bratni” naród. Z drugiej strony, już jako mały kajtek znałem powiedzonko o Polaku i Węgrze, którzy są dwoma bratankami. Na miejscu posłuchaliśmy trochę o papryce i kabaczku, zjedliśmy pyszne leczo i pojechaliśmy z powrotem do szkoły.

Możliwe, że ktoś poruszył wówczas temat Pala Telekiego, możliwe, że usłyszeliśmy parę słów o Bemie czy Batorym, jednak wątpliwe, by w młodocianych umysłach cokolwiek z przekazanej wówczas wiedzy zostało na dłużej. Przypominam sobie o tym wszystkim ponad dekadę później, po meczu piłkarskim Rumunia – Węgry, na który udała się spora, solidna reprezentacja kibiców z Polski, by wspierać swoich bratanków na spotkaniu z ich odwiecznym wrogiem. Przypominam sobie o tym, gdy widzę zdjęcia flagi polsko-węgierskiej, uszytej przez samych kibiców, a która obecnie wisi podczas spotkań reprezentacji Polski i zespołu z bratniego kraju. Bratniego… No właśnie. Dla kibiców, więź obu narodów jest oczywista, naturalna i bezdyskusyjna. Czy tak jest w każdym środowisku?

"Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki". fot. pch24.pl.

„Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki”. fot. pch24.pl.

Wyszukując informacje na temat punktów stycznych obu narodów, rzadko witamy do świata polityki. Polskie publikacje dotyczące tej dziedziny ograniczają się raczej do oceny i opisu działań Viktora Orbana, niemal zupełnie pomijając ideę stworzenia silnej osi państw położonych między zachodem Europy, a blokiem wschodnim. Polityczna pustynia dziwi tym bardziej, że w najlepsze rozwija się współpraca na niższych szczeblach, będąca jednocześnie najlepszym dowodem na to, że pewnych tradycji, obyczajów i sympatii nie da się wykształcić w dekadę, czy dwie, zaś wszelka przyjaźń między narodami musi dojrzewać przez lata.

Przyjaźń. To nie ma nic wspólnego z tymczasową polityką, z krótkotrwałymi, czy nastawionymi na doraźne efekty sojuszami. To nie ma nic wspólnego z interesownością. O ile da się zbliżyć elity i sam szczyt politycznej układanki poprzez chwilową zbieżność celów, o tyle naturalną sympatię u zwykłego Jana Kowalskiego wykształca się przez setki lat. Efekty są jednak piorunujące i zdecydowanie wykraczają poza małe gesty, jak zaprowadzenie szkolnej wycieczkina spotkanie w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Przyjaźń między narodami tworzy się całe wieki, a jej efekty widać nie w informacjach, w dziale polityka, ale na ulicach. Przykłady? Kluby Gazety Polskiej organizujące wielkie wycieczki do Budapesztu to ledwie wierzchołek góry lodowej. Wspomniana wcześniej flaga kibiców – i zapowiedź produkcji kolejnych gadżetów podkreślających przyjaźń polsko-węgierską – to kolejna z licznych gałęzi.

Polscy narodowcy współpracują i wzajemnie odwiedzają się z węgierskimi narodowcami, wspólne debaty organizują środowiska naukowe, a kolejna grupa kibiców – już nie tych odpowiedzialnych za stworzenie powyższej flagi, ale tych klubowych, ze Śląska Wrocław, prezentuje spektakularną oprawę upamiętniającą bohaterstwo Madziarów z 1956 roku, gdy nasz bratni naród powstał przeciwko komunizmowi.

To namacalne dowody przyjaźni, które można zamknąć w ramach krótkiego filmu, czy zdjęcia. Trudniej uchwycić to, co jeszcze ważniejsze, a przy tym jeszcze mocniej oderwane od sfery gestów i oficjalnych ukłonów. Trudniej uchwycić momenty, gdy Węgier dowiaduje się o narodowości turysty i zachwycony wykrzykuje powiedzonko o „bratankach do szklanki”. Momenty, w których sroga mina ekspedienta w budapeszteńskim sklepie zmienia się w serdeczny uśmiech, gdy tylko słyszy polski język. Zmiany zachowania i nastroju u zwykłych przechodniów, u ludzi, których ciężko posądzać o zaangażowaną pracę na rzecz organizacji umacniających przyjaźń polsko-węgierską – to właśnie najlepszy, najciekawszy i najbardziej wzruszający dowód na to, jak głęboko zakorzenione są więzi Warszawy i Budapesztu. Kto miał okazję odwiedzić ziemię naszych bratanków, ten doskonale wie, że to nie jedynie czcze gadanie. Z najświeższych wydarzeń świadczących o wyjątkowej więzi można wymienić entuzjazm, jaki wywołał pomysł odbudowania słynnej (niesławnej?) warszawskiej tęczy z Placu Zbawiciela w barwach polsko-węgierskich. 30 tysięcy fanów na Facebooku doskonale potwierdza tezę, że wyjątkowa relacja między bratankami nie jest sojuszem elit, czy wąskich grup, ale całych społeczeństw.

Pozostają pytania – skąd? Kiedy? Jak? Tak globalna, szeroka i kompleksowa sympatia nie może być przecież skutkiem jakiejś pojedynczej wspólnej wojny, czy zwycięskiej potyczki na którymś z licznych europejskich frontów. I faktycznie, tak jak szerokie są obecne koneksje polsko-węgierskie, tak jak szeroki jest wachlarz grup współpracujących ze swoimi węgierskimi odpowiednikami, tak długa jest lista wydarzeń i czynników, które umacniały wzajemną przyjaźń. Pierwszy i najważniejszy, bez którego prawdopodobnie nie nastąpiłby żaden kolejny – zbieżność charakterów i temperamentów. Jeśli można w ogóle mówić o czymś takim jak „cechy narodowe” – Polacy i Węgrzy mają je bardzo zbliżone. Drugi punkt – wspólna historia położonego na styku wielkich mocarstw terenu. Tu trzeba zaś zaznaczyć, że sporem akademickim pozostanie zapewne rozsądzenie, który z punktów wystąpił jako pierwszy. Mamy podobne temperamenty, ponieważ w podobny sposób doświadczyła nas historia, a może w podobny sposób toczyły się nasze losy na przestrzeni wieków, bo mieliśmy podobne ideały, wartości i wzorce?

Trudno o brak sympatii nawet na najmniej świadomych szczeblach społeczeństwa, skoro losy dwóch państw przeplatają się już od tysiąca lat. Od sojuszy militarnych, przez wspólne wojny, po unie personalne, od Ludwika I po Stefana Batorego. Nic dziwnego, że kroniki w polskich i węgierskich bibliotekach uginają się od biografii wspólnych bohaterów. Takich jak choćby Józef Bem, w Polsce ceniony jako patriota, utalentowany generał i jedna z wiodących postaci powstania listopadowego, na Węgrzech – jako naczelny wódz tamtejszego powstania w połowie dziewiętnastego wieku. To naturalnie banały, podobnie, jak i historia dynastii królewskich, których przedstawiciele nosili korony obu państw. Ciekawsze są za to wydarzenia z historii najnowszej, które – niestety, tak jak większość historii ostatnich dwustu lat – często pozostają nieznane.

Najlepszym przykładem niechaj będzie Pal Teleki, postać fascynująca, inspirująca i godna podziwu, a jednocześnie wciąż nie dość doceniana i naświetlana w szkołach. Dwie akcje, za które należą mu się pomniki w każdym większym polskim mieście? Decyzja z 1920 roku, by nieodpłatnie i na własny koszt dostarczyć polskiej armii uzbrojenie i zaopatrzenie w ramach pomocy w walce z bolszewikami i numer dwa, dwie dekady później, gdy Teleki w ostrych słowach odmówił inwazji na Polskę wraz z ówczesnym sojusznikiem Adolfem Hitlerem. Fuhrer otrzymał z Węgier emocjonalną odpowiedź na zapytanie o możliwość wspólnego ataku: Prędzej wysadzę nasze linie kolejowe, niż wezmę udział w inwazji na Polskę. Ze strony Węgier jest sprawą honoru narodowego nie brać udziału w jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciw Polsce. Węgierski październik 1956 roku i wzajemne wsparcie podczas antykomunistycznych demonstracji było już raczej oczywistością, niż czymś zaskakującym. W końcu oba narody od lat cementowała przyjaźń.

Jeszcze raz, pogrubionymi literami: przyjaźń. Coś absolutnie unikalnego, szczególnie dla nas, przyzwyczajonych do zdrad sojuszników, czy agresji państw sąsiedzkich. Coś unikalnego dla nas, uchodzących przecież za nieufnych i podejrzliwych. Coś, co warto pielęgnować i o czym warto pamiętać, na przykład w połowie marca, udając się do Budapesztu by świętować z bratankami ich święto niepodległości i obchodzony tydzień później dzień przyjaźni polsko-węgierskiej. W świecie, gdzie tak ciężko o bezinteresowność, tego typu ponadczasowe związki są bezcenne.

Print Friendly, PDF & Email
  • Udostępnij

  • Pewnie Ci się spodoba:

    O autorze Zobacz wszystkie wpisy autora

    Jakub Olkiewicz

    Jakub Olkiewicz

    Student pedagogiki kultury fizycznej i zdrowotnej Uniwersytetu Łódzkiego. Dziennikarz, którego teksty można przeczytać m.in na weszlo.com, wyszlo.com oraz w magazynie "To my kibice". Kibic, łodzianin.

    • BarD

      Nie ulega wątpliwości, że warto by zacieśnić polsko-węgierskie relacje również na najwyższym szczeblu politycznym. Dodałbym do tego jeszcze bliższą, bilateralną współpracę z Serbią oraz Turcją.

    • chel

      Premier się boi bo mu europa pogrozi palcem, ale opozycja mogła by budować te relacje. Także zwykli Polacy mogą wspomagać węgierskie wysiłki do powstania z kolan po rządach soclibertynów. Jak wspierać? Jeździć do ich ciepłych żródeł, naprawdę leczniczych podczas gdy na Słowacji i u nas gorące źródła są ledwie mineralne. Miskolc, Eger leżą blisko północnej granicy.
      Z Warszawy to 600 km.