Czy mogliśmy wygrać w 1939 r.?

16 września 1939 r. Kołomyja, województwo stanisławowskie, godzina 20:00. W dużym pomieszczeniu jednego z budynków, który zajmował sztab Naczelnego Wodza, słychać energicznie rozmawiających polskich oficerów przy sztabowym stole. Wokół pełno rozłożonych map, notatek oraz przyborów do pisania. Na mapach pozaznaczane rejony ześrodkowania Wojska Polskiego, kierunki ataku wojsk niemieckich oraz szereg innych zapisów, których nie może rozszyfrować wojskowy dyletant. Ostatnie notatki na mapie kreśli kierujący zespołem pułkownik Stanisław Kopański, szef Oddziału Operacyjnego Sztabu Naczelnego Wodza. Po całym dniu ciężkiej pracy kończy luźną rozmową na temat ostatnich wydarzeń. Sztabowcy mają teraz pierwszą, dłuższą chwilę odprężenia począwszy od 1 września. Jeden z nich otwiera butelkę wina i rozlewa je do leżących na stole szklanek. Po chwili rzuca: moment przełomowy kampanii mamy poza sobą!

16 września po kilkunastu dniach ciężkich walk z Niemcami w sztabie Naczelnego Wodza zapanował delikatny optymizm. 13 września Marszałek Edward Śmigły-Rydz podjął ostatnią strategiczną decyzję. Wojsko miało bronić izolowanych punktów jak Brześć, Przemyśl i Lwów oraz trzech zasadniczych „baz walki” – Warszawy-Modlina, Polesia oraz najważniejszego strategicznie Pokucia tzw. przedmościa rumuńskiego. To tutaj mieliśmy się bić do końca i czekać na pomoc od naszych sojuszników Anglii i Francji. Na Pokucie za pośrednictwem Rumunii miał trafić obiecany sprzęt od aliantów. Wojsko Polskie pobite na szeroko rozciągniętych granicach cofało się na całym froncie, lecz zachowało zdolność bojową. W  myśl rozkazu Naczelnego Wodza skracało front działania, podczas odwrotu odnosiło lokalne sukcesy i pomimo znacznego wykrwawienia, w dalszym ciągu stanowiło zwartą siłę bojową w sile ok. 500 tys. żołnierzy. Wspomniany wcześniej pułkownik Kopański pisał, że ogólna ocena sytuacji zdawała się wskazywać na możliwość zorganizowania oporu na „przyczółku rumuńskim” i dalszego prowadzenia walki. Był tylko jeden warunek…

kopaĹ_ski1

Pułkownik Stanisław Kopański.

  Polski plan obronny był dobitnie defensywny i zakładał grę na zwłokę – im dłużej wytrzymamy, tym nasi sojusznicy będą mieli więcej czasu na przyjście z odsieczą. Wojska ustawiono wzdłuż naszych mocno rozciągłych granic i już na starcie byliśmy okrążeni. 2 września Wojsko Polskie rozpoczęło odwrót. Niemcy, po huraganowych natarciach z użyciem czołgów i samolotów, od kilku dni tracili impet, ponieśli spore straty w sprzęcie pancernym, odczuwali duże braki i trudności zaopatrzeniowe. Wiele jednostek pancernych stało w miejscu, ponieważ brakowało im benzyny. Fakt ten pomagał Polakom zorganizować obronę na rumuńskiej granicy. W międzyczasie Polacy odnieśli kilka lokalnych sukcesów. Płk Bronisław Prugar-Ketling na czele 11 Karpackiej Dywizji Piechoty totalnie rozbił oddział wydzielony pułku zmotoryzowanego SS „Germania” w Lasach Janowskich, a generał Franciszek Sikorski odparł szturm niemieckiej 1 Dywizji Górskiej na Lwów. Na tyłach sprawnie odtwarzano rozbite jednostki oraz improwizowano nowe oddziały. Nikt nie myślał o zaprzestaniu walki. 16 września Pułkownik Kopański położył się spokojnie spać z lekką dozą optymizmu i nadzieją, że jednak alianci pomogą… Tego dnia nic nie zapowiadało całkowitego zwrotu akcji i katastrofalnej klęski.

germania

Rozbita przez polskich żołnierzy kolumna pułku zmotoryzowanego SS „Germania”.

W tym momencie, gdyby na zachodzie do natarcia ruszyli Francuzi ze wsparciem Anglików, przebieg kampanii polskiej i całej wojny mógłby być zupełnie inny. Francuzi 17 września mieli rozpocząć szeroko zakrojoną ofensywę. Niemiecka granica zachodnia była praktycznie nieobsadzona. Hitler rzucił większość swoich sił na Polskę, i gdyby musiał walczyć na dwa fronty, z pewnością poniósłby porażkę. Francuzi mieli niemal dwukrotną przewagę w żołnierzach, 4:1 w artylerii, 80:1 w czołgach i absolutne panowanie w powietrzu. Gdyby Francuzi ruszyli do natarcia, Hitler musiałby pospiesznie ściągać z frontu polskiego lotnictwo i broń pancerną. Dałoby to oddech polskiej armii, która mogłaby ustabilizować linię frontu, zregenerować siły, a po przybyciu posiłków z zachodu uderzyć na walczących już teraz na dwa fronty Niemców. Jak dzisiaj doskonale wiemy, Alianci nie mieli zamiaru kiwnąć palcem, a to był jedyny ratunek, żeby zmienić naszą sytuację… Był to ostatni moment.

17 września pułkownik Kopański został obudzony o 6 rano już w innej rzeczywistości. Otrzymał wiadomość o sowieckiej napaści na Polskę. Zaskoczenie było ogromne: Poranek, który muszę zaliczyć do najtragiczniejszych, zmusił nas do całkowitego wyrzeczenia się wszelkiej nadziei. W tym momencie wszyscy już wiedzieli, że nie ma żadnej nadziei na odmianę sytuacji i kampania jest całkowicie przegrana. 17 września miało przyjść wybawienie z zachodu, a przyszła wieść najgorsza z możliwych – atak Sowietów od wschodu.

Jeszcze zanim doszło do wybuchu wojny, nieliczna grupa polskich oficerów wiedziała jak skończy się walka według planu (kryptonim „Zachód”), który zaaprobował Naczelny Wódz. Jeden z nich płk Józef Jaklicz wypowiadał się dosadnie (oczywiście nieoficjalnie!), że dostaniemy w dupę. Tłumaczył, że przy takim ugrupowaniu zostaniemy od razu rozbici. Według mojego zdania myślą przewodnią powinno być niedopuszczenie do rozbicia sił, cofając się choćby do granicy rumuńskiej. Tracić teren, nie tracić wojsk. Inny oficer poradził mu, żeby pan tego nikomu nie mówi, bo okrzyczą pana jako defetystę. Przypuszczenia sprawdziły się w 100%! Cała strategia oparta na zapewnieniach Francji i Anglii była z góry skazana na porażkę, bo alianci nie mieli zamiaru dotrzymać umów zawartych z Polakami. Wojsko Polskie już przed rozpoczęciem walk nie było w stanie wygrać tej kampanii, ale ostatecznie zrealizowało cele postawione przez Naczelnego Wodza – grało na zwłokę i wycofywało się w kierunku Rumunii, żeby dotrwać do 17 września tj. rozpoczęcia natarcia przez aliantów.

Pułkownik Józef Jaklicz na nartach. Jako jeden z nielicznych wiedział jak zakończy się kampania z Niemcami, jeszcze zanim się zaczęła.

18 września z samego rana pułkownik Kopański znalazł się na granicy polsko-rumuńskiej: o świcie z trudnością osiągnęliśmy Kuty wobec zatłoczenia szosy. W tym cichym, ustronnym, pięknym miasteczku rozgrywał się ostatni akt naszego dramatu. Zjeżdżaliśmy ku Czeremoszowi. Mimo woli wysiadłem z samochodu i szedłem pieszo na most graniczny. Zatrzymałem się na nim i czułem, jak mię coś ściskało za gardło. Chwila ta stawała się w mej świadomości symbolem utraty niepodległości. Lecz oto zaczęły mnie mijać samochody Oddziału III. Trzeba było ruszać dalej… w świat, w nieznane.

most-kuty

Most w Kutach nad Czeremoszem. Tym mostem przeszedł do Rumunii Naczelny Wódz ze swoim sztabem.

Dzisiaj bardzo ostro ocenia się Naczelnego Wodza i jego dowódców. Zarzuca się, że źle przygotowali wojsko do walki i źle nim dowodzili. Jednak trudno byłoby oczekiwać zwycięstwa w warunkach, w jakich przyszło walczyć Polakom, nawet gdyby mieli do dyspozycji lepiej wyposażoną armię i idealny plan obronny. Już na starcie mieliśmy sytuację praktycznie beznadziejną. Większość przewag była po stronie niemieckiej. Niemcy dysponowały wtedy najlepszą armią na świecie. To tak jak byśmy dzisiaj mieli się zmierzyć z armią USA. Wątpię, żeby nasz opór mógł trwać chociaż jeden dzień. Polskie wojsko nie dysponowało nowoczesnym sprzętem (czołgi, samoloty) w wystarczającej ilości, systemem dowodzenia i środkami łączności. Przewaga w ludziach i sprzęcie była bezwzględnie po stronie Niemiec. Już na samym początku kampanii zostaliśmy wzięci w kleszcze (takie mieliśmy granice!). Podsumowując te wszystkie czynniki na usta ciśnie się wniosek – to niesamowite, że Wojsko Polskie potrafiło walczyć w zorganizowany sposób aż do 16 września! Do tego dnia Polacy mieli jeszcze nadzieję na odmianę sytuacji. Atak Sowietów 17 września był przełomowym momentem kampanii i całkowicie zdecydował o jej wyniku. Takiego ataku nie wytrzymałaby żadna armia, nawet najlepsza na świecie! Polska nie miała szans, żeby wygrać tę kampanię, ale sam jej przebieg mógł być inny…

Print Friendly, PDF & Email
  • Udostępnij

  • Pewnie Ci się spodoba:

    O autorze Zobacz wszystkie wpisy autora

    Mateusz Staroń

    Mateusz Staroń

    Historyk, współzałożyciel pierwszej na świecie marki odzieży patriotycznej Surge Polonia. Wyróżniony w konkursie IPN-u na "Najlepszy Debiut Historyczny Roku 2010 r." Autor publikacji naukowych m. in. książki "Likwidacja Polskiego Korpusu Posiłkowego w 1918 r." oraz artykułów popularyzatorskich na blogu Surge Polonia. Jego wielkimi pasjami są historia i góry.