Legendarny, długi marsz polskich ułanów

W ciągu 40 dni 166 polskich ułanów pokonało w zimie 1400 kilometrów przez Rosję. Chcieli dołączyć do formującego się Wojska Polskiego i bić się o niepodległość Polski. Podczas marszu walczyli z bolszewikami, bandami chłopskimi i rosyjską zimą. Odparli atak i rozbili bolszewicki oddział w sile 2 tys. żołnierzy, który miał ich zniszczyć. Ich wyczyn przeszedł do legendy polskiego wojska!

23 stycznia 1918 r. naprędce sformowany oddział polskich ułanów był gotowy do wymarszu. Jego dowódcą został rotmistrz Konstanty Plisowski: Kawał chłopa, chyba ponad 180 cm, szeroki w ramionach, na nieco (ale tylko nieco!) pałąkowatych nogach. Bardzo przystojny. Miał ciemną cerę, czarne i groźne oczy, czarne brwi i bardzo krótko podstrzyżony cień wąsów. Włosy zawsze strzygł maszynką na zero. Twarz w ogóle nie polska, ale w żadnym razie nie rosyjska, ani mongoloidalna. Węgierska raczej, czy wręcz czerkieska? – pisał o nim jego kolega Franciszek Skibiński. Rotmistrz ustawił się na czele kolumny marszowej i dał rozkaz do wymarszu. Za nim ok. 170 ułanów, ustawionych dwójkami, minęło rogatki Odessy. Wszyscy myśleli o tym, co ich spotka podczas tej karkołomnej wyprawy. Dowódcy nawet przez myśl nie przeszło, że ta akcja przyniesie jemu i jego ułanom nieśmiertelną sławę.

Konstanty Plisowski w mundurze generalskim.

Konstanty Plisowski w mundurze generalskim.

Po wybuchu rewolucji bolszewickiej, w Rosji panował totalny chaos. Armia rosyjska uległa rozkładowi. Polacy zamieszkujący w Rosji, rozpoczęli organizować polskie oddziały wojskowe złożone z Polaków – byłych żołnierzy rosyjskich. Jedną z tych jednostek był I Korpus Polski, dowodzony przez generała Józefa Dowbora-Muśnickiego. Organizował on polskie wojsko w Bobrujsku (teren dzisiejszej Białorusi). Do tego miasta ściągali Polacy, którzy chcieli walczyć o niepodległość Polski. Wieść o tym szybko rozeszła się po całej Rosji. O tworzącym się polskim wojsku dowiedzieli się nawet Polacy w rejonie Odessy, czyli prawie 1000 kilometrów od Bobrujska! Najstarszym polskim oficerem był tam rotmistrz Konstanty Plisowski. Zorganizował on polski szwadron złożony z ochotników i postanowił udać się do Bobrujska. Zadanie należało do najbardziej niebezpiecznych. Ułani Plisowskiego musieli przejść w ciągłym okrążeniu ponad 1000 kilometrów. W trakcie drogi musieli się liczyć z obecnością wrogich im chłopskich band, rosyjskich maruderów i wojsk bolszewickich, które kontrolowały ten teren. Jak pisał historyk Bohdan Dobrzyński: bolszewizm i anarchia panoszyły się wokoło; wszystko kotłowało się i wrzało. Resztki wojska rosyjskiego włóczyły się i grabiły, tworząc zbójeckie bandy. Każda wioska była uzbrojona nieraz nawet w armaty. Dodatkowo marsz miał odbyć się przy trzaskającym mrozie legendarnej rosyjskiej zimy. Na pomysł przejścia 1000 kilometrów w takich warunkach, mógł wpaść tylko ktoś o ułańskiej fantazji!

Polscy ułani.

Polscy ułani.

Po szybkich przygotowaniach, na „start” marszu stawiło się 9 oficerów i 157 ułanów na wybiedzonych koniach. Do dyspozycji mieli 4 wozy taborowe. Wyżywienie na najbliższe dni zapewnili sobie z własnych środków. Konie zdecydowano prowiantować na bieżąco podczas wyprawy. Nie brano dużych zapasów, żeby nie spowalniać marszu. O powodzeniu musiały zadecydować: dobre dowodzenie rotmistrza, manewrowość oddziału oraz bohaterska postawa ułanów.

Szwadron, po wymarszu z Odessy, sprawnie manewrował w terenie i dzięki sprytowi dowódcy unikał większych starć z przeciwnikiem. Polscy ułani szybko przemieszczali się bocznymi drogami, przeprawiając się przez skute lodem rzeki. W dzień rotmistrz rozsyłał wiele czujek, które raportowały, gdzie jest przeciwnik i miały go wprowadzać w błąd, co do realnej siły polskiego oddziału, położenia i kierunku jego marszu. W nocy, żeby nie zostać rozbrojonym, wystawiano silne posterunki. Kwaterowano głównie w polskich dworach. Ich właściciele traktowali polskich ułanów niemal jak wyzwolicieli i z entuzjazmem pomagali polskiemu wojsku.

Przez całą drogę oddział stoczył wiele starć i potyczek. Na terenie Ukrainy grasowały bandy chłopskie uzbrojone w broń ręczną i maszynową, a nawet miały do dyspozycji artylerię. Zrewoltowani chłopi, często pod wpływem alkoholu, grabili i palili okoliczne dwory. Polski oddział bez rady żołnierskiej, traktowali jako „burżujski” i zdecydowanie im wrogi. Z tym przeciwnikiem Polacy spotykali się niemal codziennie. Jednak do największej potyczki doszło, kiedy szwadron był już na terenie dzisiejszej Białorusi, we wsi Babczyn. Przeciwnikiem byli tutaj już bolszewicy, którzy postanowili zniszczyć „burżujski” oddział. Zmobilizowali przeciwko Polakom prawie 2 tysiące żołnierzy z karabinami maszynowymi. Stosunek sił był 1:10, ale nie robiło to wrażenia na Plisowskim. Po otrzymaniu informacji od okolicznych Polaków o szykowanej akcji, przygotował pułapkę na bolszewików. Bolszewicy sądzili, że mają szwadron w pułapce, obsadzając wszystkie drogi. Główne siły bolszewickie szły traktem. 3 plutony szwadronu rozwinięto w tyralierę i zaczęto prażyć nieprzyjaciela ogniem. 1 pluton ze skrzydła rozpoczął ostrzeliwanie kolumn nieprzyjacielskich na tyłach. Bolszewicy zupełnie stracili głowę i w bezładzie porzucili wszystko, salwując się ucieczką na wschód i północ do lasów – pisał historyk Henryk Bagiński. Bolszewicy stracili wielu żołnierzy i sprzętu wojennego, który wpadł w ręce Polaków.

Generał Józef Dowbor-Muśnicki ze swoim sztabem w Bobrujsku.

Generał Józef Dowbor-Muśnicki ze swoim sztabem w Bobrujsku.

3 marca, po 40 dniach marszu szwadron zameldował się w Bobrujsku. Podczas wyprawy polscy ułani pokonywali dziennie średnio ok. 35 kilometrów. Łącznie przeszli ok. 1400 km. Dowódca I Korpusu Polskiego gen. Józef Dowbor-Muśnicki podziękował za ten czyn brawurowy Plisowskiego przed frontem szwadronu i awansował go do stopnia podpułkownika. Szwadron wcielono do formującego się 3 pułku ułanów. Rotmistrz Konstanty Plisowski służył bohatersko w polskiej armii podczas wojny polsko-bolszewickiej. Należał do najbardziej znanych oficerów w całym odrodzonym Wojsku Polskim. Dosłużył się generalskich szlifów. W 1940 r. został zamordowany przez Sowietów. Do dzisiaj nie wiadomo jak i gdzie zginął.

Józef Dowbor-Muśnicki z sentymentem pisał o brawurowym dowódcy polskich ułanów: Polska nie ma dostatecznej nagrody, którą winna by wypłacić za bohaterskie czyny dokonane przez Plisowskiego. Niestety czyny ich są mało znane.

Print Friendly, PDF & Email
  • Udostępnij

  • Pewnie Ci się spodoba:

    O autorze Zobacz wszystkie wpisy autora

    Mateusz Staroń

    Mateusz Staroń

    Historyk, współzałożyciel pierwszej na świecie marki odzieży patriotycznej Surge Polonia. Wyróżniony w konkursie IPN-u na "Najlepszy Debiut Historyczny Roku 2010 r." Autor publikacji naukowych m. in. książki "Likwidacja Polskiego Korpusu Posiłkowego w 1918 r." oraz artykułów popularyzatorskich na blogu Surge Polonia. Jego wielkimi pasjami są historia i góry.

    • Karina Fajer-Dziechciarz

      to jest zdjęcie brata Konstantego, Kazimierza Plisowskiego … Konstanty był bardzo … na zdjęciach zawsze z ogoloną głową

      • Mateusz Staroń

        Witaj Karino, dziękuję za komentarz. Pomimo Twoich uwag, dochodzę do wniosku, że na zdjęciu mamy Konstantego Plisowskiego. Jego brat miał stopień pułkownika, a nie generała brygady – na zdjęciu występuje osoba w mundurze generalskim. Odnośnie „ogolonej głowy” – widzimy go na zdjęciach w takiej fryzurze, ale są to zdjęcia m. in. z wojny polsko-bolszewickiej, czyli dużo wcześniejsze niż zdjęcie z artykułu. Później mógł występować już bardziej „wyjściowo” i najnormalniej w świecie postarzeć się:) Zwróć uwagę na to zdjęcie: https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/18591/9f841dd1daaac72883dbc4b29d829655/

    • Karina Fajer-Dziechciarz
    • As

      Super historia, bardzo fajnie sie czyta.

      P.S. Na koncu sie tylko liczby nie zgadzaja. Jesli w 40 dni przeszli 1400 kilometrow to wychodzi srednio po 35 a nie 45-50 kilometrow dziennie.

      • Mateusz Staroń

        Dziękuję za dobrą opinię i uwagę – błąd poprawiony 🙂